niedziela, 14 sierpnia 2016

London calling ... Część 1

          Jednym z moich wielkich marzeń był wyjazd do Londynu.  Inni latami marzą o wakacjach na słonecznych, ciepłych Karaibach, ja marzyłam o pięknym, deszczowym Londynie. Dlatego gdy tylko dostaliśmy informację od naszej wychowawczyni, że będzie możliwość wyjazdu do mojego wymarzonego miasta, nie zastanawiałam się ani sekundy i moja ręka poszybowała do góry, gdy padło hasło ,,Kto by był zainteresowany ?". NO KTO INNY, JEŚLI NIE JA ??? Czy Londyn mnie zachwycił, a może kompletnie rozczarował ?



          Wdzięczna będę moimi rodzicom do końca życia, że mogłam zrealizować to marzenie. Wyjazd trwał od 6 do 12 czerwca. Wyjechaliśmy z mojego miasta o 13 .... Dobra pomińmy to. Generalnie minusem było to, że podróż była długa i dość męcząca. Hitem była gra ,,Zgadnij kto to", w której wymyślaliśmy danej osobie jakąś postać, a ona musiała zadawać nam pytania, na które mogliśmy odpowiadać tak lub nie. Ale kiedyś trzeba było w końcu iść spa. Alleluhaj, chwalmy Pana, bo Ninka ma bardzo, ale to BARDZO mocny sen. Gdy inni się przekręcali, wiercili, nie mogli znaleźć sobie miejsca, ja przykryta kocykiem, oparta o szybę (serio bierzcie zawsze takie miejsca, bo to najlepsze miejsce na drzemkę podczas jazdy) spokojne sobie drzemałam. I tak do Francji, do Calaise, gdzie mieliśmy przejechać do Wielkiej Brytanii Eurotunelem. Cholerstwo tak zatyka uszy, że głowa bolała mnie do samego Londynu. Mimo, że tunel znajduje się pod wodą to szału nie ma, dupy nie urywa. Cały autokar wjeżdżał do własnego jakby wagonu i podczas podróży można było oczywiście wyjść, ale szczerze - nie było po co. Kolejny niestety minus (spokojnie, potem same prawie plusy) to fakt, że nie było możliwości umycia się po takiej podróży. Przed Eurotunelem poszliśmy do toalet, gdzie mogliśmy umyć zęby, przebrać się,itd. I po całych prawie 20 godzinach podróży, my o godzinie 9 rano zaczęliśmy zwiedzanie. 







          Zaczęliśmy od małego (hehe) spacerku nad Tamizą. Oczywiście nie obyło się bez zobaczenia Tower Bridge (które widzieliśmy kilka dni później z bliska). I tak dalej do Globe Theatre, London Bridge, St Paul's Cathedral i do British Museum. Chyba nie muszę mówić, że nie miałam siły, zresztą chyba nikt nie miał, na podziwianie Muzeum Brytyjskiego. Muzeum to zawiera ponad 7 MILIONÓW eksponatów ze świata starożytnego. Także nasze marne 2 godziny nawet nie pozwoliłyby nam na obejrzenie całości, albo chociaż połowy. Świetne było to, że podczas zwiedzania większych obiektów, takich jak to, mogliśmy się rozdzielić tak jak chcieliśmy i sami wybieraliśmy to co nas interesowało i co chcieliśmy zobaczyć. Nie jestem pewna jak jest we wszystkich polskich muzeach, ale coś co zwróciło moją uwagę to restauracje w środku budynku. Świetne rozwiązanie, gdy ktoś chce np. spędzić cały dzień w muzeum lub po prostu odpocząć. 
















          W sumie ten dzień minął nam pod hasłem ,, KIEDY DO DOMU ? ". I tak około godziny 19 dojechaliśmy do miejsca, które miało być naszym codziennym miejscem zbiórki do autokaru, z którego zawsze jechaliśmy na stację metra Mordern, gdyż po całym mieście poruszaliśmy się właśnie słynnym underground'em. Było to również miejsca spotkania z angielskimi rodzinami, które miały nas u siebie gościć. Ja razem z Karoliną, Olą i Adą miałyśmy przyjemność mieszkać u państwa Sherard'ów. Co się okazało ? Że każdego dnia, rano i wieczorem musiałyśmy iść około 2,5 km na miejsce zbiórki. A no i broń Cię Panie Boże się spóźnić. Koniec końców nie było to takie źle, bo wieczorkiem mogłyśmy spokojnie sobie wejść do sklepu. Nawet malutki pokój (bardziej adekwatna jest tu nazwa ,,pokoik") nie był w stanie zepsuć nam humoru. W końcu nareszcie byłyśmy w LONDYNIE !

          Trzeci dzień był chyba jednym z ciekawszych, zresztą to Londyn - co tu może być NIEciekawego ? Na początek zobaczyliśmy słynny plac Trafalgar Square, gdzie znajduje się również National Gallery, w której byliśmy szóstego dnia. Jego nazwa upamiętnia bitwę morską pod Trafalgar w 1805, kiedy to brytyjska Royal Navy pokonała wojska Napoleona. Oczywiście najbardziej charakterystycznym obiektem jest tutaj kolumna Nelsona, która liczy sobie około 56 m. Na tym placu znajdują się cztery cokoły pomnikowe, z czego na trzech stoją pomniki króla Jerzego IV, a także generałów Havelocka i Napiera. Ciekawa sprawa jest z czwartym cokołem, ponieważ ze względu na brak funduszy stał pusty do 1998. Wtedy podjęto decyzję, że na tym cokole będą prezentowane wymiennie dzieła sztuki nowoczesnej. Obecnie stoi tam rzeźba szkieletu konia, którego autorem jest Hans Haacke.






         Następnie powoli udaliśmy się w stronę Buckingham Palace drogą The Mall, która jest reprezentacyjną drogą łączącą Buckingham Palace z Trafalgar Square. Ale nagle zauważyliśmy, że wszyscy przepychają się do przodu w stronę barierek, które oddzielały ulicę od deptaka. No to jak wszyscy to wszyscy,  no nie ? I czekamy, co się będzie działo. Mój wewnętrzny bzik na punkcie Wielkiej Brytanii i rodziny królewskiej, podpowiadał mi ,,TAK !!! To na pewno Elżunia !". Tsa... Niestety (alb stety) była to straż królewska. Ale mimo wszystko widok był imponujący i był częścią brytyjskiej kultury. A Elżunie i tak kiedyś zobaczę. 




          Oto i on. Buckingham Palace. Największy na świecie pałac królewski. Miejsce, które tyle widziało. W końcu miałam okazję przyjrzeć mu się z bliska. Coś co na pewno rzuca się w oczy, to piękna rzeźba Victoria Memorial, która została poświęcona królowej Wiktorii. Przed pałacem znajduje się jeden z królewskich parków Green Park, który był wtedy zamknięty. Guess why ? Bo akurat w ten weekend, gdy my byliśmy, a w sumie wyjeżdżaliśmy już z Londynu, królowa Elżbieta robiła imprezę na cały Londyn z okazji jej urodzin. Co z tego, że miała w kwietniu. Kto królowej zabroni ? No szkoda, że przegapiliśmy taką okazję, ale no cóż. Życie. Pałac można zwiedzać w sierpniu i wrześniu, kiedy to królowa jest na wakacjach.






Potem zjedliśmy lunch, który dostawaliśmy od naszych rodzin w St.James's Park. Naprawdę świetne miejsce na odpoczynek.




Kolejne na naszej trasie było Opactwo Westminsterskie. Jest to miejsce koronacji królów Anglii, począwszy od koronacji Wilhelma Zdobywcy w 1066. Od XIII jest również miejscem pochówku królów i zasłużonych osób.









          Potem zatrzymaliśmy się przed Palace Of Westminster , czyli miejscem posiedzeń Izby Lordów i Izby Gmin, czyli izb Parlamentu Zjednoczonego Królestwa. Od naszej wspaniałej przewodniczki, która towarzyszyła nam przez całą podróż od Polski do Anglii, dowiedziałam się tylu ciekawych faktów, o których nigdy nie słyszałam. Jako dla zapalonej maniaczki UK było to bardzo cenne. Generalnie nasza przewodniczka była najlepszą przewodniczką jaką kiedykolwiek było dane mi poznać. Chyba każdy z nas miał takiego przewodnika lub przewodniczkę, który potrafił nas zanudzić na śmierć. Nie w tym wypadku. Nasza przewodniczka potrafiła dać nam dawkę historii, ciekawych faktów i anegdot, dorzucając od czasu do czasu jakiś humorystyczny komentarz. Zdecydowanie 10/10/ Skoro Pałac Westminsterski to oczywiście jedna z najbardziej znanych wież tego budynku, wręcz ikona Londynu, czyli Big Ben. Przewodniczka zadała nam pytanie, czy ktoś widzi Big Bena. Wszyscy tak, jasne, no przecież jest. Ha ! Nie te numery ze mną ! Od razu wiedziałam, że to podpucha. Otóż, ta wieża zegarowa to nie jest prawdziwy Big Ben, gdyż Big Ben to tak naprawdę dzwon. I przydało się czytanie książek o Londynie. 







          Ostatnim już punktem tego dnia było Piccadilly Circus i China Town. Tam też zrobiliśmy zakupy, a był tam m.in. największy na świecie sklep M&M's. To miało chyba z cztery piętra ! Można tam było znaleźć wszystko, od piżamek dla dzieci, przybory szkolne, kubki, po wszystkie rodzaje M&M's. Piccadilly Circus jest rozpoznawalne na całym świecie m.in. dzięki reklamom świetlnym wielkich koncernów i marek, np. McDonald's czy Coca-Cola, które są umieszczone na jednym z rogów placu, który możecie zobaczyć na zdjęciu poniżej. China Town było naprawdę jak przeniesienie się na chwilę do Azji. Przede wszystkim było tam wielu Azjatów, ale również zewsząd dobiegały zapachy, mniej lub bardziej przyjemne, ale baardzo aromatyczne. Wtedy też pierwszy i ostatni raz się zgubiłam w Londynie. Yeah ! Ale żeby nie było, że jestem taką sierotą to zaznaczam, że zgubiła się połowa grupy. Na szczęście mieliśmy numer do naszej przewodniczki i ona zaraz po nas przyszła. No cóż. odrobina adrenaliny nikomu nie zaszkodzi prawda ? Zresztą ona sama potem się z nami śmiała, jakim cudem nauczyciele nie zauważyli, że połowy grupy nie ma. Grunt, że spokojnie mogliśmy wrócić tego dnia do domów. 

























Czwartego dnia ... A nie,nie, nie. To będzie w następnej części, gdyż nie chciałam aby ten post był za długi.  Także ciąg dalszy nastąpi i to już całkiem niedługo ;)

5 komentarzy:

  1. świtene zdjęcia!
    uwielbiam Londyn i wycieczki klasowe zawsze były najlepsze, zazdroszcze :d

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo, wiele z nich to również zasługa moich znajomych :) A do Londynu muszę koniecznie wrócić, ale sama, na spokojnie, bo wycieczki klasowe są ... Charakterystyczne ;)

      Usuń
  2. Mega długi post , widzę że dobrze się bawiłaś

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdybym opisała cały wyjazd byłby jeszcze dłuższy :D Oj tak, zdecydowanie dobrze, a nawet lepiej ;)

      Usuń
  3. Fajne zdjecia. Mi sie osobiscie bardzo marzy wycieczka do Londynu .. zazdroszcze :) i zapraszam do mnie http://anneey.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń